fbpx

Gdy piszę te słowa jestem już od ponad tygodnia w szpitalu. Z jednej strony mam wrażenie, że czas płynie bardzo szybko, a z drugiej dni zlewają się w całość i każdy z nich wygląda niemal identycznie. Teraz już wiem, że historia zakończy się pozytywnie, bo wszyscy moi bliscy są już przebadani, a ich wyniki są negatywne. Sam mimo tego, że moje morale są bardzo niskie i ledwie się trzymam pod względem psychicznym, wiem, że dam radę. Cieszę się, że moje nieszczęście, pomogło wielu spojrzeć na tę sprawę z nowej perspektywy i bardzo dziękuje, za wsparcie jakim okazaliście się pisząc prywatne wiadomości do mnie i do mojej rodziny oraz za komentarze w których życzyliście powrotu do zdrowia i szybkiego powrotu do siebie. Jednak nie wszyscy przebadani mieli wynik negatywny. Ale o tym za chwilę. Teraz cofnijcie się ze mną do momentu pobierania wymazu i przebądźmy wspólnie tę intrygującą podróż przez szpitalne czeluści oraz meandry moich wahań nastrojów oraz przede wszystkim przez moje objawy COVID-19.

Wiedziałem, że to badanie jest nieprzyjemne, ale nie sądziłem, że aż tak. Nie wiem czy ten lekarz pastwi się nade mną, żeby coś mi udowodnić, ale penetruje mój nos tym długim patyczkiem, wsuwa i wysuwa jakby chciał wyskrobać z moich nozdrzy coś cennego. Trwa to naprawdę długo. Wydaj mi się, że pobieranie tego wymazu trwa około 8 do 10 sekund. Z tego co wiem, to w tym czasie można by było wymazać trzy osoby. Ale może to tylko moja perspektywa?

Po skończonym badaniu lekarz bierze mój patyczek i szczelnie zamyka w jakimś opakowaniu oraz opisuje. Nie widzę co tam pisze. Chyba moje dane. Po chwili zaczyna wołać sanitariusza, który ma dowieźć mnie na oddział szpitalny. Myślę, że to nieuniknione. Boję się, że nie zobaczę się ani na chwilę z Sarą, która siedzi za drzwiami w poczekalni.  Lekarz otwiera drzwi gabinetu, które kierują na zewnątrz i znajdują się tuż obok wejścia do izby przyjęć. Za drzwiami czeka sanitariusz. Starszy mężczyzna grubo po 50. Jest nieco krępy, niezbyt wysoki około 175 cm. Wydaje mi się, że dużo przepracował w życiu. Po chwili lekarz mówi:

– Sanitariusz odwiezie pana na oddział szpitalny. Wszystkim osobom, u których podejrzewamy problemy kardiologiczne nie wolno samodzielnie chodzić. Muszą zostać dowiezione na oddział na wózku.

Zabieram swój plecak i siadam na wózek, który znajduje się na zewnątrz. Poprawiam samodzielnie podstawki pod stopy. Słyszę, że lekarz woła do gabinetu kolejną osobę, wiem że to Sara, przed nami w izbie przyjęć nie było nikogo. Może ją zobaczę chociaż na chwilę. Obracam się, jednak nie udaje mi się jej dostrzec choćby na moment. Nie udaj mi się wymienić choćby jednego spojrzenia, które mogłoby wyrazić tak wiele.

SARA

Siedzę w poczekalni. Chce mi się spać, bo nocka praktycznie zarwana plus wymęczyła mnie jazda do Łodzi. Dostrzegam automat z kawą, która pewnie jest paskudną, sztuczną lurą ale przynajmniej jakoś by mnie zajęła. Szukam więc w plecaku drobnych, bo maszyna wyświetla komunikat, że nie działa płatność kartą. Przeszukuję kieszenie i portfel, udaje się zebrać 2,50. To wciąż o 50 groszy za mało. Po chwili łapię się, że nawet to mnie nie poratuje, bo błędnie przeczytałam komunikat: maszyna całkowicie nie działa.

Sięgam po telefon, chociaż próbowałam czytać artykuł z Pisma na temat kurzych ferm, ale nie mam jednak sił emocjonalnych na takie trudne tematy. Przeglądam Instagram, wciąż z nadzieją, że Edwinowi tylko pobiorą wymaz i wrócimy do domu.

Za mną siedzi starsza kobieta, czeka w kolejce. Przysłali ją z izby przyjęć. Przyszła z obitym bokiem lub inną częścią ciała, ale pierwszy pomiar temperatury pokazał 37 C. Wysłano ją więc na zakaźny. Każą jej przejść tę samą procedurę, co Edwinowi czyli rejestrację przez telefon. Kobieta nie posiada jednak telefonu komórkowego więc pozostaje jej podyktowanie danych przez domofon. Jedna z pielęgniarek wychodzi by zmierzyć temperaturę ich sprzętem i burczy, że temperatura normalna i po co im ludzi przysyłają. Procedury jednak muszą być przestrzegane. Kobieta zostaje zarejestrowana i teraz czeka na wymaz.

W ciągu ostatnich miesięcy miałam częsty kontakt z osobami pracującymi w szpitalu i do tej pory nie miałam na kogo narzekać. Raczej broniłam polskiej służby zdrowia, świadoma jej wad, ale jednocześnie wdzięczna, bo zeszłej jesieni ocalono mi życie. Szokiem więc dla mnie było zachowanie lekarza, który zawołał mnie do izolatki.

Nie wiem, po co mnie tam poprosił. Ani nie pobrał wymazu, ani nawet do mnie nie podszedł. Nie jestem pewna czy obrzucił mnie jednym spojrzeniem, wpatrzony w ekran komputera. Dostałam, mówiąc wprost zjebki: że w naszym rodzinnym gronie w firmie chodzimy bez maseczek, że niepotrzebnie męża przywiozłam, że wymyślił sobie koronawirusa, bo to na pewno są problemy z sercem, bo jest gruby.

Przeraża mnie bardziej to serce niż korona. Zwłaszcza, że sama w październiku mało nie umarłam przez zator.

Wychodzę przed szpital i zastanawiam się, w co mam włożyć ręce.

Spakowałam Edwinowi kilka rzeczy, ale okazuje się, że z tego wszystkiego zapomniałam mu wziąć spodni od piżamy plus wiadomo jakie jest jedzenie szpitalne. Zwłaszcza, że przecież nie jemy mięsa, więc może być tak, że nie będzie miał nic do jedzenia. Sprawdzam więc w mapach, gdzie jest najbliższe Pepco i idę na pieszo półtorakilometra do jakiegoś centrum handlowego. Wolę tak niż pchać się z autem w nieznane łódzkie tereny i szukać miejsca do parkowania w obecnym, rozdegranym stanie. Ostatecznie Pepco odpuszczam, bo obok jest Tesco, gdzie kupuję spodnie, banany, jakieś suche wafelki. Edwin z tego wszystkiego zrozumiał, że kładą go na kardiologii więc jestem przekonana, że na spokojnie podjadę do niego jutro po południu, gdy już przyjdzie negatywny wynik na wirusa.

Wracam i plącze się, niemal płacząc po szpitalnym podwórku, bo nikogo dziś nie przywieźli na kardiologię. W końcu znajduję odpowiednie wejście do budynku C i zostawiam pielęgniarce rzeczy dla Edwina. Jednak leży na zakaźnym i nawet nie mogę się z nim pożegnać.

EDWIN

 Zdecydowanie nie jest to wózek do transportu osób o mojej masie. Wydaje mi się, że przydałoby się podpompować koła, bo z każdym krokiem wiozącego mnie mężczyzny wózek wydaje charakterystyczne skrzypienie gumy. Nie sądziłem, że aby udać się na oddział będziemy poruszać się na zewnątrz chodnikiem wzdłuż parkingu i wewnętrznej szpitalnej drogi. Po około 100-200 metrach docieramy do wejścia na oddział. Jestem zaabsorbowany tym, jak mi szkoda człowieka, który musi mnie pchać na tym wózku i słyszę, że robi to z niemałym wysiłkiem, że w zasadzie nie zwracam uwagi gdzie mnie dokładnie przywiózł. Niestety w wejściu pojawia się mała przeszkoda do pokonania – próg. Wózek się obraca, a ja sugeruję, że pomogę i odpycham się nogami aby saniatriuszowi było łatwiej. Na parterze trafiamy do windy, na której widniej kartka “Prosimy nie korzystać z windy. Winda tylko do transportu osób z podejrzeniem COVID-19”.  Myślę sobie, że bardzo dobrze, że taka procedura. Lepiej zapobiegać niż leczyć. W windzie przyglądam się mojemu kompanowi. Jest ubrany od stóp do głów w specjalny strój. Na twarzy ma specjalistyczną maseczkę. Myślę, że chyba może być bezpieczny. Winda dociera na pierwsze piętro, a my udajemy się do drzwi na oddział. Mężczyzna wciska dzwonek a do drzwi podchodzi kobieta w średnim wieku. Chwilę wspólnie się zastanawiają gdzie mnie położyć. Słyszę jak zastanawia się czy na salę gdzie będę cały czas monitorowany, na co wtrącam się i mówię

– Ja nigdy nie mam problemów z ciśnieniem, dosyć często je mierze i mam prawie zawsze prawidłowe pomiary. Tętno mierzę sobie przez cały dzień i z moim sercem jest ok.

– Dobrze, to zawieźmy pana na salę 20 – odpowiada do współpracownika.

Jedziemy długim korytarzem a ja przyglądam się numerom na drzwiach kolejnych sal. Mam wrażenie, że są w jakiejś dziwnej kolejności, ale zanim udaje mi się rozgryźć co tu jest nie tak, trafiamy do drzwi z numerem 20. Pielęgniarka otwiera je i sugeruje ręką abym wszedł do środka.

– Proszę sobie wybrać łóżko i się przygotować do pobytu. Proszę również używać jednego łóżka. Na stoliku leży kartka z dwoma numerami telefonów – jeden jest do nas do dyżurki, proszę dzwonić gdyby pan czegoś potrzebował. Drugi jest do gabinetu lekarzy. – powiedziała miłym głosem i zamknęła za sobą drzwi.

Sprawdzam co mam w plecaku i nie jestem zadowolony – 2 koszulki, 2 pary majtek. A gdzie  jakaś piżama? Jest szczoteczka do zębów ale nie mogę znaleźć pasty. Co ta Sara mi schowała? Nie złoszczę się za bardzo, bo wiem jak wyglądał dzisiejszy poranek. Przez chwilę zastanawiam się co teraz będzie. Co z Sarą? A może zaraz ją przywiozą do mnie i będziemy razem w szpitalu? Mnóstwo myśli krąży po mojej głowie. Postanawiam się z nią skontaktować. Może już jest po badaniu. Biorę do ręki telefon i widzę kilka nieodebranych połączeń. Myślę, że pewnie się złości, że nie odbierałem, ale słabo się czuje więc powinna zrozumieć. Oddzwaniam i słyszę

– Ten lekarz wygonił mnie z gabinetu, powiedział, że niepotrzebnie tu przyjechałam, skoro nie mam objawów. Powiedział, że ty nie masz koronawirusa i że musisz schudnąć bo to są problemy kardiologiczne w jego ocenie.

– No, nie był miły. Sara jest mi zimno, ale nie mam tutaj rzeczy. Nie za bardzo mnie spakowałaś do szpitala, nie mam piżamy. Potrzebuję wody do picia.

– Pójdę do sklepu i przyniosę ci co potrzebujesz, tylko pójdę na pieszo, bo sklep nie jest daleko, około 1 km. 

– Dobra, ja się położę, bo jest mi zimno. Mam gorączkę, choć w gabinecie mi zmierzył i wyszło mu 35,7 chyba.

– To nie dzwoń, teraz coś sobie posłucham jak będę szła i odpocznij sobie

– Dobra – odparłem i położyłem się na łóżku.

Postanawiam poszukać termometru w plecaku, bo coś nie pasuje mi z tą gorączką. Wyniki jest jednoznaczny – znowu grubo ponad 38 stopni. Czuje się słabo. Boli mnie głowa. Zaczynam czuć jak bardzo przeszkadza mi światło. Epicentrum mojego bólu głowy znajduje się jakby za gałkami ocznymi. Przykrywam głowę bluzą, aby zmniejszyć ilość światła docierającego do moich oczu, nawet przez zamknięte powieki. Czuję lekką ulgę. Próbuję zasnąć.

Po jakimś czasie dzwoni Sara i informuje mnie, że nie może znaleźć oddziału, który jej podałem. Ewidentnie coś nie gra bo nie mają sali z numerem 20. Jestem trochę skonsternowany, bo gdzie indziej mogłem trafić niż na kardiologię. Informuję ją, że zaraz się dowiem, zadzwonię i jej powiem. Na szczęście do sali przychodzi pielęgniarka, której mogę o to zapytać.

– Gdy ktokolwiek wchodzi do sali, proszę zakładać maseczkę, czy to lekarz, czy my.

– Czyli, żona jak przyniesie mi rzeczy to ma mieć również maseczkę? – pytam nieświadomy

– Niestety nikt nie może pana odwiedzać. Miałam na myśli tylko personel. Przy drzwiach jest ustawiony stołeczek, na którym będziemy panu stawiać leki, jedzenie. Potem zapukamy. Chwilę pan odczeka i proszę wtedy podejść i zabrać to co jest zostawione.

– Ok. rozumiem. A jeszcze chciałem zapytać, czy to jest oddział kardiologiczny?

– Nie, to jest oddział zakaźny – odpowiada, a dla mnie wszystko robi się jasne.

– Dziękuję

Dzwonię do Sary i tłumaczę jak ma tutaj trafić. Niestety wiem, że nie wpuszczą jej do mnie na oddział. Pielęgniarka wyjaśniła, że jeśli ktoś chce mi coś podać, to może podejść pod drzwi oddziału, zadzwonić domofonem i przekazać rzeczy, a oni już dostarczą mi pod drzwi. Dociera do mnie, że już dzisiaj nie zobaczę mojej Sary.

 – Może jutro będą wyniki i mnie stąd wypuszczą?  – mówię do siebie, nie będąc jeszcze świadomy, że spędzę w szpitalu zdecydowanie więcej czasu.

Paczka od Sary dociera do mnie w całości. Mam jakieś spodenki do spania, 2 banany oraz wodę do picia. Woda jest niezbędna, ponieważ miła pielęgniarka poinformowała mnie, że szpital jest biedny i nie ma pieniędzy na wodę dla pacjentów i że jak będzie to mi dostarczą. I faktycznie tak się stanie. Następnego dnia otrzymałem półlitrową butelkę wody, a w kolejnych dniach będą się mnie pytać czy jej potrzebuje, za każdym razem jednak będę dziękować ponieważ otrzymam spory zapas od rodziny.

Przed południem ponownie wizyta pielęgniarki, która podłącza mi wenflon. Śmieję się w duchu, że to taki bio-interfejs dzięki, któremu można się łączyć z moim ciałem. Myślę sobie, że to takie informatyczne określenie “interfejs” i rozważam krótko bliżej nieokreśloną przyszłość, kiedy to każdy człowiek będzie wyposażony w takie złącze, umożliwiające komunikacje komputera z ciałem i mózgiem człowieka. Nie jest to jakiś długi wewnętrzny wywód. Ot taka krótka refleksja. Pielęgniarka jest bardzo miła i wbija igłę naprawdę delikatnie. Jestem cały czas słaby, ale znajduję siłę na krótką pogawędkę.

– Pani to chyba ma taką pracę z powołania – rozpoczynam

– Z powołania? A dlaczego?

– Bo jest pani taka miła i uczynna. Taka ludzka po prostu

– Yyy… No dziękuję. Taką mam po prostu naturę. Lubię jak ludzie są dla siebie mili. O  proszę, gotowe. Jeszcze tylko zastrzyk w brzuch.

Rozpoznaję ampułkostrzykawkę i zastanawiam się dlaczego mam dostawać heparynę. No ale chyba przeżyję, skoro sam wielokrotnie dawałem ten zastrzyk Sarze.  Mimo wszystko staram się nie patrzeć.

– Nawet nie poczułem. Kompletnie. Sam wiele razy żonie robiłem ten zastrzyk. I nie wyglądało to tak delikatnie  – zagaduję

– No to się cieszę, że nic nie bolało. Mojej córce też dawałam te zastrzyki i faktycznie, bywały bolesne. Może ma pan wyższy poziom odporności na ból – zażartowała i zaczęła zbierać rzeczy. Po czym podłączyła mi kroplówkę.

– No nie wiem – odparłem – Ale bardzo dziękuję.

– Gdy, kroplówka się skończy, proszę przesunąć tutaj w dół – wskazała na zawór na wężyku – krew wtedy nie będzie się cofać.

– Dobrze, dziękuję – odpowiedziałem, zastanawiając się w duchu czy mogę sobie sam ja odłączyć jak się skończy.

– Gdyby coś było potrzeba, to proszę dzwonić – powiedziała i wyszła z sali.

Po chwili już spałem. Było mi bardzo zimno, bo cały czas zmagałem się z gorączką. Ale sen to było coś czego mi było potrzeba.

W całej tej mojej opowieści dni zaczęły zlewać mi się w jedną całość. Każdy wyglądał mniej więcej jednakowo według tego samego schematu. Rano w okolicach 6 mierzenie temperatury. Pomiędzy 8 a 9 śniadanie. Po śniadaniu około 9 – wizyta pielęgniarki z heparyna i antybiotykiem dożylnie. Badanie tętna i saturacji.

 Około 10 wizyta służb czystości. Tak sobie żartowałem wewnętrznie, gdy odwiedzały mnie 2 panie i “chyba sprzątały” moją izolatkę. Na pewno coś działo się z w łazience, bo tam znajdował się worek ze śmieciami i codziennie go opróżniały. Słyszałem też spłukiwanie wody w sedesie. Panie zawsze wycierały 2 parapety oraz jedną lampę nad łóżkiem, na którym nie leżałem. Po 8 dniach doczekałem się wytarcia podłogi i wtedy też wdałem się w pierwszą interakcję z nimi, której dość szybko pożałowałem.

Dowiedziałem się, że zasłużyłem na leżenie w szpitalu i mam swoją karę. Gdy odparłem, że byłem dość grzeczny i nie zasłużyłem na taki los, usłyszałem, że najwidoczniej jestem w błędzie. Zajebista logika. Niemniej nie uznałem to za złośliwość. To raczej brak taktu i słabe poczucie humoru. Wolę dostrzegać w ludziach te dobre rzeczy. Swoją drogą, wiele osób bałoby się wejść do mojej sali bo przecież zachorowałem na tak straszna chorobę.

Około godziny 11-12 odwiedzali mnie lekarze. Zawsze była to jedna osoba. Ponieważ wszyscy, którzy mnie odwiedzali, byli ubrani w kombinezony, maseczki, okulary i przyłbice to ciężko było rozpoznać kto jest kim. Lekarza natomiast było łatwo, ponieważ zawsze miał stetoskop. Przeprowadzał krótką rozmowę o stan zdrowia, samopoczucie, badał brzuch, czasem odruchy bezwarunkowe, przez pocieranie stóp. Zawsze osłuchiwał plecy i mierzył saturację. Krótko informował o tym w jakim jestem stanie. Bardzo dobrze wspominam wizyt lekarzy. Wszyscy bez wyjątku byli uprzejmi i pomocni i potrafili wesprzeć dobrym słowem. Oczywiście o wizytach pielęgniarek mogę powiedzieć to samo. Ba, jedna pielęgniarka była podwójnie sympatyczna i szczerze zainteresowana moim losem. Ale o tym może za chwilę.

Około godziny 16 -17 podawana była kolacja. Znowu wszystko postawione było na stołeczku przed drzwiami. Ktoś pukał i miły głos mówił: “Proszę kolacja”. Nad tematem jedzenia, chciałbym się chwilę pochylić, zwłaszcza z powodu mojej wegetariańskiej diety. Ale wróćmy najpierw do wydarzeń z poniedziałku i wtorku. Opowiem wam jak moje miłe nastawienie do innych zostało nagrodzone oraz z jakim stresem przyszło nam się zmierzyć gdy dowiedziałem się o tym, że jednak jestem zarażony koronawirusem SARS-COV-2.  Nie zabraknie również informacji o tym jaki był mój stan zdrowia w kolejnych dniach i jakie objawy.


Otrzymuj powiadomienia o komentarzach w tym poście
Powiadom o
guest
39 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

39
0
Przejdź do komentarzy i proszę zostaw swój.x
()
x