fbpx

Zderzenie ze ścianą. Co się zmienia, gdy prawie umierasz.

Jakby tu nie przesadzić z dramą? Bo przecież dzisiaj tego przerażenia, tej dramaturgii już nie czuję. Biorę leki, wykluczyliśmy chorobę genetyczną. Jest spora szansa, że gdy w maju powtórzę badanie, wszystko wyjdzie dobrze, a dla mnie będzie to tylko jednorazowe doświadczenie. Oby.

Co jednak nie zmienia faktu, że pewnej środy, tak jak prawie każdego dnia, poszłam sobie do firmy. I czułam się dobrze. Po południu poszłam odebrać Leosię z przedszkola i wróciłam z nią do domu. Pół godziny wcześniej rozmawiałam jeszcze z Edwinem i ciocią. Było ok. Ale jak tylko przekręciłam klucz w drzwiach i zemdlałam. Kilka godzin później leżałam już na kardiologicznej erce ze zdiagnozowaną zatorowością płucną. Wiedziałam, że to poważna sprawa, ale przecież zaraz z tego wyjdę, jestem młoda i zdrowa, dadzą mi leki i będzie ok. Dopiero po kilku dniach, gdy moje wyniki się poprawiły powiedzieli mi jak było blisko do najgorszego. Jak mało brakowało i już więcej bym nie zobaczyła swoich dzieci.

Takie doświadczenia zmieniają człowieka. Zderzasz się ze ścianą i nie masz wyjścia: zaczynasz inaczej podchodzić do życia. W moim przypadku pozwoliło to uwolnić się od wielu bagaży, które ciągnęły się za mną latami, jeszcze z czasów świadkowskich. Niedawno powiedziałam mojemu przyjacielowi, że nie polecam samego doświadczenia (zderzenia ze śmiercią), ale skoro już mam je za sobą, to muszę przyznać: życie zaczyna smakować niesamowicie.

ps. To są moje przemyślenia. Wyciągam pozytywne wnioski, bo to już za mną, ale zawsze lepiej jest nie trafić do szpitala i po prostu cieszyć się zdrowiem.

Mija złość i gniew

Wszyscy od czasu do czasu się kłócimy. Czasem mamy rację, często nie. Czasem zdarza się, że dostajemy cios prosto w serduszko. Nie wiem, jak jest z wami, ale mnie nie rusza 10 komentarzy, w którym widzowie piszą, że jestem gruba i mam zeza, ale wystarczy jedna konwersacja, która uderza w moje wartości i ego, a leżę i kwiczę. Miałam więc niby pewne sprawy wyjaśnione. Wiecie, no już jest ok, nie ma tematu. Głęboko jednak w serduszku jest ranka, która nie chce się zagoić.

Pobyt w szpitalu sprawił, że te drobiazgi przestały mieć znaczenie. Rana się domknęła i nie musiałam już ciągle rozpamiętywać konfliktu w głowie. Ostatecznie, jakie to miało znaczenie?

Do reszty pozbyłam się też żalu do organizacji, który wciąż we mnie siedział. Wyciągnęłam to, co dobre z tamtych lat a tamtą melancholię zamieniłam na współczucie tym, którzy tam tkwią. Pamiętam jak stałam pod prysznicem i nagle tchnęła mnie myśl, że my mamy z kim spędzić święta. Na naszej 10 rocznicy będą i przyjaciele i rodzina. Mogę tylko współczuć tym, którzy się odcieli od nas na własne życzenie i życzyć im szczęścia.

Doceniasz życie

To taka oczywista oczywistość: mało co nie umarłeś, zaczynasz doceniać życie. Wielkie mi co. Tylko, że tak to właśnie wygląda. Jednego dnia chodzisz sobie do pracy, marudzisz rano, że trzeba dzieci zaprowadzić do przedszkola i lecieć do Biedry po zakupy, następnego dnia trafiasz do szpitala i nie wiadomo, czy przeżyjesz noc. To zmienia człowieka.

Nagle listopadowe deszcze nie są aż tak tragiczne. Idziesz przez miasto i dostrzegasz ten kawałek słońca chowający się za chmurami. Cieszysz się z każdej drobnostki: samotnego wyjścia na kawę, wyprawy do kina całą rodziną, tego, że dziecko ograło cię w Monopoly.

Wiecie, to nie jest tak, że już nigdy się nie zasmucisz, nie wybuchniesz gniewem, nie westchniesz marząc o niebieskich migdałach. Po prostu szybciej wracasz na ziemię, do tego swojego małego świata, który tak łatwo można było stracić.

Zmieniają się twoje relacje

Skoro bardziej doceniasz życie, to chcesz go spędzać z osobami, które lubisz. Niby prosta rzecz. Żyjemy jednak w kajdanach oczekiwań społecznych i robisz tę kawę dla teściowej chociaż najchętniej byś zawinęła się w koc i dzisiaj z nikim nie rozmawiała (wyjaśnienie: moja teściowa jest wybitnie spoko). Nie zrozumcie mnie źle: nie chodzi o zamykanie się w klatce tylko z tymi ludźmi, którzy ci odpowiadają. Po prostu łatwiej przychodzi odmawianie i pewnego rodzaju żonglerka w kontaktach towarzyskich. Po co masz poświęcać czas koleżance, która tylko chce od ciebie przysługi i dobrze wiesz, że zaraz cię obgada?

Co gorsza sami sobie narzucamy oczekiwanie, że wszyscy mają nas lubić. W erze social media jest to szczególnie widoczne. Sama wpadałam w tę pułapkę: jeden negatywny komentarz musi znaczyć, że jestem do niczego, bo komuś nie przypasowałam. Wiecie, skoro samemu napisało się tylko ze dwa hejterskie komentarze w życiu i to w czasach głębokiej depresji, to łatwo założyć, że może ci co piszą o tobie różne rzeczy mają rację. No, bo jak to? Ludzie nie wyrażają swojej opinii tylko z dobroci serca i troski będąc jednocześnie pełni akceptacji? Ano, nie. I dlatego trzeba się od tego odciąć.

Nie wszystek umrę

I teraz, nie śmiejcie się proszę, ale jadąc karetką do szpitala, ledwo co wystukałam Edwinowi kilka słów: pogrzeb chcę humanistyczny i ma się upewnić, że ludzie dowiedzą się, iż nie żałuję odejścia z organizacji. W szpitalu starałam się nie myśleć o dzieciach, bo nie byłam tego w stanie znieść psychicznie. Czerpałam jednak pewną pociechę z myśli, że nawet gdyby stało się najgorsze, to coś zrobiłam ze swoim życiem. Nie wszyscy mnie lubili, niektórzy pewnie mnie nie cierpią, ale komuś pomogłam! Malutko, bo malutko, ale wiadomości od was pomogły mi uwierzyć, że zrobiłam coś dobrego: ktoś poszedł na terapię i zaczął nad sobą pracę, ktoś się uwolnił ze strachu przed organizacją, ktoś zrezygnował ze studium i przerwał proces indoktrynacji odzyskując swoje dawne życie.

Ja wiem, że to drobiazgi, bo w takich sytuacjach największą robotę wymagającą ogromnego wysiłku odwala główny zainteresowany. Wiem też, jaką ja sama żywię wdzięczność do osób, które przyczyniły się do mojej przemiany i myśl, że ktoś chociaż w niewielkim stopniu mi dziękuję sprawiła, że uwierzyłam w to, że było warto.

Cieszcie się życiem, kochani <3

Otrzymuj powiadomienia o komentarzach w tym poście
Powiadom o
guest
9 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
krzysztof
krzysztof
5 miesięcy temu

trzymam kciuki i polecam Cię w modlitwach .

Agnieszka
Agnieszka
5 miesięcy temu

Hi Sara. Ciekawie napisany artykuł i w jakimś sensie Cię rozumiem bo sama bylam jakieś trzy lata w sytuacji….. i pamiętam wówczas burzę myśli w mojej głowie co chciałabym jeszcze zrobić w swoim życiu, co zrealizować, w jakie miejsca pojechać dlatego teraz korzystam z życia i spełniam swoje pasje, to co daje mi radość. Ale tak na prawdę ją nie o tym….. Moją uwagę przykuł fragment: “Pamiętam jak stałam pod prysznicem i nagle tchnęła mnie myśl, że my mamy z kim spędzić święta. Na naszej 10 rocznicy będą i przyjaciele i rodzina. Mogę tylko współczuć tym, którzy się odcieli od… Czytaj więcej » / Read more

Agnieszka
Agnieszka
5 miesięcy temu
Reply to  Sara

Poetką co prawda nie jestem 😀 choć drzemią we mnie jakieś zdolności poetyckie 🙂 Ja już tak mam z tą analizą….. to choroba zawodowa 🙂 😉 Rozumiem o czym piszesz bo ja przechodziłam przez to jako dziecko kiedy mi czegoś zabraniano bo religia…. i wówczas nie wiele mogłam uczynić oprócz buntu i czasami zrobienia czegoś również wbrew woli ojca sJ. Ale czy współczuję takim ludziom? Już nie! Tak samo jak przestałam współczuć żonom które są np. bite przez swoich mężów a dalej tkwią w chorej , patologicznej relacji nic z tym nie robiąc no i powtarzają jednocześnie tekst: “przecież on… Czytaj więcej » / Read more

Agnieszka
Agnieszka
5 miesięcy temu
Reply to  Agnieszka

P.S. Jeszcze odnośnie świąt. Moją siostra z mężem i córką na święta wyjeżdżają do Szwajcarii na narty tylko we troje bo tak chcą i moja siostra cieszy się, że te święta będą bez gościnności w odpoczynku bez gotowania 🙂 i ja im zazdroszczę w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Anna
Anna
5 miesięcy temu

Szkoda,że nie wspomniałaś co najprawdopodobniej doprowadziło Cię do tego stanu. Może planujesz to zrobić jak będziesz miała 100%pewności. Mnie antykoncepcja hormonalna też o mały włos nie wpędziła do grobu. Miałam prostą drogę do udaru. Zaburzenia widzenia,odrętwienia kończyn,zaburzenia mowy i pamięci i szpital,szpital,szpital aż sama doszłam że mam wszystkie objawy z ulotki jak leci. Kobiety powinny wiedziec że choc każdej to nie dotyczy to warto uważać. Zdrowiej prędko ♥️ Piękny tekst ♥️

Natasza
Natasza
5 miesięcy temu
Reply to  Anna

Wydaje mi się, że w wielu przypadkach chodzi też o czynniki dziedziczne i siedzący tryb życia. Ja nie przyjęłam w życiu żadnego “hormona”, ale jestem zagrożona zatorowością. Tata miał słabe krążenie… , poza tym długotrwałe siedzenie od razu powoduje u mnie puchnięcie nóg. Z wakacji, na których najmniejsza odległość do czegokolwiek; przystanku, restauracji wynosiła ok 2 km wróciłam z przeświadczeniem “moje nogi mi za to podziękują”.

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest

9
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x