Co dał mi hejt i występ w telewizji?

Published by Sara on

Zawsze byłam dziewczyną z tylnego rzędu. Nie wysuwałam się przed szereg. Nie chciałam błyszczeć, bałam się tego. Gdy w szkole znałam poprawną odpowiedź, zazwyczaj mamrotałam ją pod nosem. Jakiekolwiek występy publiczne? W żadnym wypadku! Wielu osobom pozwalałam wejść sobie na głowę. Panicznie bałam się kłótni, konfrontacji i przede wszystkim krytyki. W jaki sposób taka dziewczyna jak ja znalazła się na kanapie w telewizji śniadaniowej? I czego mnie nauczyło to doświadczenie?

Hejt boli

Bloga prowadzę już od kilku lat, ale do tej pory nie miałam okazji spróbować gorzkiego smaku hejtu. Unikałam kontrowersyjnych tematów, a do tego nigdy nie byłam jakoś szczególnie rozpoznawalną blogerką. Zaledwie parę razy musiałam usunąć komentarz i to dlatego, że stanowił nachalną reklamę jakiejś usługi.

Nie spodziewałam się, że mój wpis o odejściu od Świadków Jehowy wywoła aż taką burzę, a tym samym ściągnie na moją osobę aż tyle negatywnych komentarzy – na szczęście te pozytywne są w zdecydowanej większości. Dość szybko ogarnęłam, że nie ma co czytać wypowiedzi na mój temat publikowanych w różnych portalach. Jednak wszystkie komentarze z Facebooka prywatnego oraz blogowego, te pochodzące z Instagrama oraz cała masa prywatnych wiadomości i maili, musiała przejść bezpośrednio przeze mnie. I niestety musiałam chociaż pobieżnie przejrzeć ten syf. Teraz śmieszy mnie to, że niektórzy specjalnie założyli fałszywe konta byleby tylko mnie zbluzgać. Może ja jestem nienormalna ale energię, którą trzeba w to włożyć wolałabym przeznaczyć na spędzenie czasu z dziećmi. Poza tym, zwyczajnie byłoby mi wstyd tak komuś personalnie dokopywać – nawet gdybym się z nim nie zgadzała. Sama będąc świadkiem omijałam wszystkie artykuły na temat mojej dawnej religii i nigdy nie wdawałam się w dyskusję – co zresztą zgodne jest z zasadami tej organizacji, ale widać nie wszyscy to rozumieją.

Czy bolało? Tak i to bardzo. Przede wszystkim dlatego, że tego nie rozumiałam, bo ja nawet jako świadek nie potraktowałam kogoś w ten sposób. Szczególnie zabolały mnie słowa pewnej osoby, którą podziwiałam od dziecka i zawsze miałam za bardzo rozsądnego człowieka. Niestety wyszło, co o mnie i całej mojej rodzinie sądzi w rzeczywistości i nie były to miłe rzeczy.

Jednak z każdym kolejnym komentarzem, uwagą czy wypowiedzią na mój temat było łatwiej. Zawsze powtarzałam, że mam miękkie serce i miękki tyłek więc łatwo mnie zranić. Ta dawka hejtu, przez którą przeszłam sprawiła, że przynajmniej dupa mi stwardniała. Do tego stopnia, że jadąc do Warszawy naprawdę nie przejmowałam się negatywnymi komentarzmi – nie musiałam udawać, że mnie to nie rusza. Bez mrugnięcia okiem blokowałam pewne osoby, a czytając kolejne rewelacje o sobie potrafiłam ryczeć…ale ze śmiechu. Najbardziej rozmieszył mnie komentarz od dawnej znajomej, że mam niepopularnego bloga (tak go sobie kiedyś nazwałam w przypływie jakiejś przekornej fantazji) i po prostu chciałam zabłysnąć. No tak, od trzynastego roku prowadzę długofalową akcję, której celem był występ w Pytaniu Na Śniadanie.

W żadnym wypadku nie pochwalam hejtu, ale paradoksalnie może to było coś czego potrzebowałam. Nie można całe życie unikać ludzi i konfrontacji. Nie da się przejść przez życie nie słysząc ani raz niemiłego komentarza na swój temat. Można się tym przejmować, albo można temat olać. W moim przypadku wreszcie miarka bagna się przebrała i udało mi się wypłynąć na powierzchnię.

Skok na głęboką wodę, czyli Sara w śniadaniówce

Wracając do początku tego wpisu, jeszcze chwilę temu nie widziałabym siebie w telewizji. Dużo czasu zajęła mi akceptacja siebie na zdjęciach oraz przełamanie się do nagrywania instastory, ale telewizja? Na żywo? W żadnym wypadku!

Wierzyłam jednak, że mój temat jest ważny społecznie i jeszcze przed programem dostawałam wiadomości, że mój wpis komuś pomógł. Pokazanie się w programie dawało mi szansę na wyjaśnienie pewnych spraw, ale przede wszystkim pokazanie człowieka w tym wszystkim. O osobach, które odeszły od świadków myśli się jak o ludziach, którzy osiągnęli dno i robią same złe rzeczy. Pokazując, że jestem normalną dziewczyną, która nie mówi ze złością o swoim dawnym życiu dawało szansę na ocieplenie wizerunku ex świadków i może pomogłoby innym wyjść z tej organizacji. Przez cały weekend biłam się z myślami i rozmawiałam z kilkoma osobami na ten temat. Nie wszyscy sądzili, że to dobry pomysł, ale większość była za. W końcu zaufałam swojej intuicji i mimo strachu postanowiłam w czwartek stawić się w studio TVP.

I znów stres czułam tylko do momentu rozpoczęcia nagrania. Potem była już tylko miła rozmowa z prowadzącymi i koniec mojej przygody z telewizją. Co ciekawe, następne kilka godzin spędziłam na fizycznej robocie – skorzystaliśmy z okazji, że jesteśmy w Stolicy i pojechaliśmy dokończyć pewien montaż, na który normalnie wysłalibyśmy naszych pracowników. To jest ten lans, który zdaniem hejterów chciałam osiągnąć?

Sama przygoda z telewizją była całkiem przyjemna, chociaż krótka, a przynajmniej tak ją oceniam po czasie. Stawiłam się w studio pół godziny wcześniej. Poprawiono mi włosy i wzmocniono makijaż. Założono mikrofon i pozostało mi tylko czekanie na moje wejście. A potem 10 minut rozmowy i papa.

Bardzo zbudowały mnie pozytwne reakcje po moim występie. Poczułam, że może nie jestem aż tak beznadziejna. Może jednak mam coś ciekawego do powiedzenia. Potrzebowałam przeczytać wiele razy, że jestem okropna by przestać przejmować się hejtem. Aby uwierzyć wreszcie w siebie, po prawie 27 latach życia, musiałam usłyszeć setki razy, że robię coś dobrze.

Mąż mówi, że mnie nie poznaje, że jestem jakby inną osobą. Bardziej pewną siebie, radośniejszą ale też spokojniejszą wewnętrznie. Mija dopiero kilka dni, dlatego nie mogę napisać, że to już tak na stałe. Czeka mnie jeszcze kilka miesięcy brania antydeprasantów, ale wreszcie przeżywam dni bez silnych tabletek na uspokojenie. Nie muszę też brać prochów na spanie, bo zasypiam bez problemu. Mam wrażenie, że te wszystkie wydarzenia odarły mnie z kokonu jakim była owinięta. Nie wiem jeszcze, co ze mnie wyrośnie, ale jestem pewna, że będzie to ktoś, kogo nie tylko polubię, ale też pokocham. Mam nadzieję, że wy także!


Sara

Na co dzień szczęśliwa żona i mama Mai i Lei, które są uczestniczkami wielu wydarzeń z tej strony. Zawodowo spełnia się jako account manager i copywriter. Na swoim blogu uchyla wam rąbka tajemnicy swojego prywatnego życia oraz dzieli się tym co powinno was zainteresować.

Otrzymuj powiadomienia o komentarzach w tym poście
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
2
0
Przejdź do komentarzy i proszę zostaw swój.x